A może przywróćmy niewolnictwo? Czyli o tym dlaczego nie lubimy zmian. #1

Kiedy na facebooku zobaczyłam wpis kolejnej osoby tak ogromnie niezadowolonej z nowego interfejsu, narzekającej jaki to on „beznadziejny” i „dużo gorszy” uświadomiłam sobie, że niechęć przed zmianą dotyczy w zasadzie każdego aspektu naszego życia.

źródło The Sun

źródło The Sun

Oczywiście coś takiego jak poprawki w social mediach to pikuś, któremu nie warto poświęcać zbyt wiele uwagi, bo jak wiadomo po tygodniu marudzenia wszyscy dawno zapomną jak to było kiedyś i temat umrze śmiercią naturalną.
W przypadku znaczących, społecznych zmian takie procesy adaptacji trwają latami. Starsze pokolenia mogą wciąż narzekać, ale dla młodych obecne status quo wydaje się oczywiste. Puszą (albo puszyMy, w końcu do tych młodych sama się zaliczam) się natomiast, gdy na horyzoncie pojawiają się kolejne modyfikacje norm społecznych.

Ale do rzeczy. O co tak naprawdę mi chodzi? Otóż tak, o ten nieszczęsny dżender i ogólną kwestię równouprawnienia.

Faktu, że większość ludzi którzy na temat gender się wypowiada nie mając pojęcia, co to w ogóle jest nie będę w tym wpisie komentować. Tego, że politycy z Beatą Kempą na czele albo a) są idiotami i przynoszą Polsce wstyd wypowiadając się bez logiki i pojęcia, albo b) perfidnie i celowo manipulują opinią publiczną, która wierzy w każde, nawet najbardziej bezsensowne i niedorzeczne stwierdzenia też nie mam siły ani ochoty analizować.

gender

autorka: Marta Frej

Chciałabym skupić się raczej szeroko pojętej tolerancji i równości.
Na tym jak często z ust wielu przeciwników takich rzeczy jak legalizacja małżeństw homoseksualnych, równouprawnienia kobiet i mężczyzn, czy negujących istnienie płci kulturowej pada zdanie: „to jest wbrew naturze”, albo co gorsza „zawsze tak było”.
Bo przecież Od setek lat wiadomo, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny, a o naszej płci oraz roli społecznej decydują genitalia.
Kobieta jest oczywiście z natury łagodniejsza, spokojniejsza i mniej przebojowa. Kobieta ma dużo większą zdolność opanowania działania pralki czy piekarnika (natomiast mężczyzna rodzi się z umiejętnością ich naprawienia) czy opieki nad dziećmi (mężczyźni natomiast to oczywisty wybór w kwestii rodzicielskiego autorytetu).`I tak dalej , i tak dalej…

Bardzo wiele osób zakłada, że role społeczne to coś dziedziczonego w genach, a nie poprzez kulturową edukację środowiska.

Za każdym razem kiedy spotykam się z takimi wypowiedziami (‚zawsze tak było’, „tak po prostu jest”, „zmiana zburzy porządek społeczny”) przywołuję dwa, kluczowe moim zdaniem przykłady.

Pierwszy to niewolnictwo i segregacja rasowa. Ostatnio temat ten zdaje się być wyraźnie na fali, czego dowodem jest sporo filmów podejmujących tę tematykę – Lincoln, Django, Kamerdyner, Służące, czy nagrodzony Oscarem Zniewolony (tutaj zresztą odsyłam do artykułu, który sugeruje inną niż artystyczna motywację Akademii).

Jeszcze sto pięćdziesiąt lat temu przekonanie, że kolorowi stanowią gorszą kategorię człowieka było na porządku dziennym. Podobno etymologia terminu „Negro” to Knee-grow czyli rosnącego na kolanach, stworzonego by służyć. Później, gdy niewolnictwo zostało oficjalnie zniesione wciąż utrzymywały się podziały wywodzące się z przekonania, że kolor skóry determinuje takie cechy jak inteligencja, uczciwość czy maniery. Czarnoskórzy nie mogli chodzić do tych samych szkół, restauracji czy kin co biali. Nie było mowy o objęciu przez nich wysokiego stanowiska.
Jestem przekonana, że nie tylko ja kiwałam głową z niedowierzaniem podczas sceny w filmie Służące, kiedy Pani domu nie pozwoliła swojej czarnoskórej służącej skorzystać z domowej toalety, mimo że na dworze, gdzie znajdowała się toaleta dla czarnych była straszliwa wichura. Albo podczas scen biczowania niewolników w Django czy Zniewolonym. Wydaje mi się to absurdalnie niedorzeczne i nigdy nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie – na jakiej podstawie stworzono te podziały i ogromnie się cieszę, że to już dawno za nami. Dziś kolorowi dostają Oscary i zostają prezydentem USA. I cały świat bije na tę wiadomość owacje na stojąco. Teraz wszyscy są tak bardzo dumni. A ich przodkom (zgoda, niektórym współczesnym też) wydałoby się to niewyobrażalne i sprzeczne z naturą. Bo przecież ZAWSZE tak było. Czarni ZAWSZE byli gorsi.


Drugi przykład to prawa kobiet
. Prawa do głosowania, do pracy zawodowej, a nawet do noszenia spodni.
Kobieta ma być moim szefem? Kobieta ma podejmować decyzje o wyborze głowy państwa? To niemożliwe. Kobiety się do tego nie nadają, kobiety są za słabe/głupie.
No i proszę, nagle po kilkudziesięciu latach okazuje się, że jednak jest to możliwe, a świat się przy tym nie zawalił, Ziemia nadal się kręci.


Nie twierdzę absolutnie, że praca została wykonana. Wciąż potrzebnych jest wiele zmian i reform. Ale wyraźnie widać tu wzór. Historia i kultura są linearne. Są rozwojem, a nie tkwieniem w tym samym punkcie przez wieki. Myślę, że nawet ci, którzy dziś uważają, że kobiety nie nadają się na szefów, nie mają już nic przeciwko temu aby głosowały w wyborach. Bo są o krok do przodu przed swoimi przodkami. Dlaczego więc nie chcą się uczyć na ich doświadczeniach i zaakceptować zmiany, które i tak są nieuchronne, a ich przyspieszenie naprawdę ułatwiłoby wszystkim życie. Także im. Dlaczego tak usilnie próbuje się utrzymać status quo?

Małżeństwa homoseksualne są moim zdaniem analogicznym przykładem. To, że instytucja małżeństwa zawsze zakładała związek przeciwnych płci, nie znaczy że zmiana jest niemożliwa. Argument, że geje czy lesbijki nie mogą podtrzymywać tradycyjnego obowiązku par jakim jest prokreacja jest absurdalny. Świat i tak jest przeludniony, a fakt, że osoby tej samej płci mogłyby legalnie się pobierać nie sprawi, że nagle populacja homo się potroi i zneutralizuje heteryków.

Przestańmy wreszcie bać się zmian. Wyjdźmy poza strefę komfortu, bo tylko dzięki temu będziemy mogli się rozwijać i osiągać kolejne cele. Zaakceptujmy to, że jutro będzie inne niż wczoraj i dziś. Bo nie ma na świecie nic pewniejszego od ZMIANY.

Reklamy

Outside your comfort zone

Uwielbiam trafiać, mniej lub bardziej (choć zwykle bardziej) przypadkowo na różnego rodzaju interesujące znaleziska w internecie. Właściwie nie tylko w internecie, ale tutaj zdarza się to zdecydowanie najczęściej. Często takie filmiki, mini artykuły czy zdjęcia odciągają mnie od bieżących zajęć, bo przecież to tylko kilka minut, ale potem długo jeszcze nie dają o sobie zapomnieć.

SONY DSC
Wiem, że ostatnio szaleje swego rodzaju moda na takie motywacyjne perełki, inspirujące sentencje czy pomysły na alternatywne życie oparte o idee rób to co kochasz. kochaj to co robisz. Itd.itp. Poniekąd nawiązuje do tego Natalia Hatalska w swoim raporcie o pokoleniu Show Off  i tę konkretną grupę definiuje jako „Lanserów alternatywnych”.  No tak, trudno jest przecież wyrzec się swojego pokolenia.

Według mnie nic tak nie motywuje jak inni ludzie. Ich dokonania, odwaga czy po prostu cenne przemyślenia, które w pełni pokrywają się z moimi, ale ja nie umiałam ich tak celnie ubrać w słowa. Poniżej zamieszczam więc cztery materiały, które zrobiły na mnie duże wrażenie w ostatnim czasie i mam niesamowitą potrzebę puścić je dalej w świat. (Nie żebym je do tego czasu przetrzymywała w zamknięciu:)

1. Pierwszy z nich to wystąpienie Diany Nyad na konferencji TED pod tytułem „Never give up”
(swoją drogą TED to po prostu kopalnia inspiracji. Absolutnie genialna idea). Cały świat miał okazję usłyszeć o niej kiedy w zeszłym roku po 35 latach (!) prób w końcu zrealizowała swoje życiowe marzenie i przepłynęła 177 kilometrowy „odcinek” pomiędzy Kubą, a Florydą bez klatki zabezpieczającej przed rekinami. Miała wtedy 64 lata. Już samo to wystarczy aby stwierdzić, że warto podążać za marzeniami i rezygnować z postawionych sobie celów. By nie zrażać się porażkami, tylko za każdym razem wstawać i zaczynać od nowa.  Ale mimo wszystko zachęcam do obejrzenia całego, piętnastominutowego wystąpienia. Po pierwsze po to, aby dowiedzieć się jak w ogóle możliwe jest płynięcie 53 godziny non stop. Po drugie aby uświadomić sobie siłę pracy zespołowej i tego jak ważna jest obecność przyjaciół w naszym życiu. Po trzecie i najważniejsze chyba, po to aby zrozumieć, że marzenia i ich realizacja powinny być celem naszego życia.

2. Kolejnym cennym znaleziskiem ostatnich tygodni jest lista 30 naukowych dowodów na to, że będąc dwudziestolatkiem (nie ma chyba polskiego odpowiednika ‚in your twenties’ ) powinieneś robić to na co tylko masz ochotę.
Oczywiście lista nie jest do końca naukowa, bo stworzona została przez twórców mojego ukochanego serialu Girls(Jutro pierwszy odcinek trzeciej serii!), ale na pewno warta uwagi. Pomysły czy rady są błyskotliwe, zabawne i chyba dość dobrze oddające rozterki i pragnienia charakterystyczne dla tego wieku. Swoją drogą, moim zdaniem twórczyni serialu jest po prostu geniuszem.


3. Trzecim odkryciem są przepiękne, autentyczne i delikatne zdjęcia autorstwa Paoli Lopez

Bardzo podoba mi się ich klimat i świeżość. Każde zdjęcie opowiada historię, a autorka mimo młodego wieku zdaje się bardzo dojrzale interpretować rzeczywistość. Gorąco polecam.

4. Na zakończenie coś z serii Do what you love. Love what you do.
Ja wciąż się zastanawiam nad odpowiedzią, dlatego to video zajmuje honorowe miejsce na mojej playliście. Żebym nie przestawała szukać.

Zdjęcie główne pochodzi ze strony http://www.gratisography.com/

Każdy powinien być feministką

Skończyłam niedawno czytać książkę Sheryl Sandberg, Lean in. Włącz się do gry. Kupiłam ja pod wpływem impulsu i bardzo się cieszę, że zaufałam swojemu instynktowi.

feminist

Sheryl Sandberg jest COO (Chief Operating Officer) Facebook’a. Wcześniej, przez kilka lat pracowała dla Google. W 2012 roku magazyn TIME umieścił ją w czołówce najbardziej wpływowych ludzi świata. Kilka lat temu, żywo zaangażowała się także w działalność polegającą na motywowaniu kobiet do „włączenia się do gry”, czyli postrzeganiu siebie na równi z mężczyznami, jeśli chodzi o karierę i dążenie do osiągnięcia sukcesu.

Książka ta jest spisanym i rozbudowanym przemówieniem Sandberg z konferencji TED (jej wystąpienie tutaj). Autorka porusza w niej wiele kwestii związanych z równouprawnieniem i wiarą w siebie. Książka jest bardzo rzeczowa, poparta licznymi badaniami, statystykami i przede wszystkim przykładami z życia samej autorki, a jednocześnie niepozbawiona poczucia humoru i dystansu do samej siebie. Zastanawiałam się w jaki sposób mogłabym opisać to co w niej najważniejsze, tak aby jej nie streszczać, ale jednocześnie ukazać sedno. Spisując swoje refleksje na kartce stworzyłam trzypunktową listę najważniejszych moim zdaniem wniosków:

1. Kobiety muszą w końcu przestać postrzegać siebie jako słabsze od mężczyzn.

Nie chodzi oczywiście o siłę fizyczną, ale o odwagę w chwaleniu się swoimi osiągnięciami głośno i otwarcie. Wiadomo, że każdy z nas lubi podzielić się tym, że coś mu się udało, że dostał awans albo ukończył szkołę z wyróżnieniem. Ale kobiety chwalą się raczej w gronie znajomych lub rodziny, czyli osób o których wiedzą, że wspierają je bez względu na wszystko. Mężczyźni natomiast mówią o swoich sukcesach głośno i otwarcie. Im więcej osób usłyszy, tym lepiej.  I zyskują na tym, bo postrzegani są jako bardziej kompetentni i przebojowi. Nie zawsze wynika to z próżności czy narcyzmu. Mężczyźni po prostu otrzymali kulturowe przyzwolenie (choć czasem jest to dla niektórych także źródłem cierpień) na sukces. Oczywiście, jestem przekonana, że każdy zna przynajmniej jedną kobietę, która podobnie jak mężczyźni otwarcie mówi o swoich celach, a potem głośno opowiada o ich osiągnięciu. Tylko, że ją postrzega się zupełnie inaczej. Zwykle jest „irytująca”, „przemądrzała”, a nawet „wyrachowana”. Takich kobiet się nie lubi. Stąd lekcja numer dwa:

2. Kobiety same muszą porzucić stereotypy i przestać negatywnie oceniać nasze szefowe, znajome czy współpracowniczki.

Prawda jest taka, że za utrwalanie tego niezdrowego podziału w dużej mierze odpowiadają same kobiety, które traktują siebie jak rywalki i konkurentki. Sandberg przytacza dobitny przykład. Profesorowie Cameron Anderson z Uniwersytetu Nowojorskiego i Frank Flynn z Columbia Business School przeprowadzili eksperyment, w którym badali jak postrzega się mężczyzn i kobiety w miejscu pracy. Dali do przeczytania grupie studentów historię kariery Heidi Roizen która osiągnęła bardzo duży sukces jako inwestor wysokiego ryzyka. Połowa badanych otrzymała jednak materiały, w których imię Heidi zostało zmienione na Howard. Jaki był efekt badania?

Oboje zostali uznani za kompetentnych i godnych szacunku. Jednocześnie większość respondentów wolałaby pracować z Howardem, bo Heidi oceniano jako samolubną i niekoniecznie sympatyczną. A przecież zarówno Heidi jak i Howard mieli dokładnie ten sam zestaw cech!

Można zapierać się, że my tak nie oceniamy ludzi, że przecież lubimy naszą przełożoną albo znajomą, która została dyrektorem w dużej firmie. Ale spróbujmy porównać ją do znajomego mężczyzny z podobnymi osiągnięciami. Czy na pewno płeć nie ma tu nic do rzeczy? Wydaje mi się, że niestety wszyscy przegrywają w tym teście. Łącznie ze mną.

3. Ostatni punkt, to po prostu dążenie do celu, odwaga w realizacji swoich marzeń i pokonanie strachu przed wyjściem przed szereg.

Kolejny przytoczony przez Sandberg przykład bez trudu odnalazłam wśród własnych doświadczeń. Autorka opowiada jak podczas jednego ze spotkań, jakie prowadziła dla swoich pracowników w Facebook’u uprzedziła, że odpowie jeszcze tylko na dwa pytania. Chętni do ich zadawania zgłaszali się poprzez podniesienie ręki. Dopiero po zakończonym spotkaniu jedna z uczestniczek podeszła do Sandberg i podziękowała jej. Nie za spotkanie, ale za to że nauczyła się aby zawsze trzymać rękę w górze. Sandberg nie zrozumiała. Okazało się, że po odpowiedzeniu na dwa pytania, wszystkie kobiety opuściły ręce, natomiast mężczyźni nie, a ona zupełnie nieświadomie odpowiedziała jeszcze na kilka pytań.

Doskonale pamiętam takie sytuacje z własnego życia. Ja tłumaczyłam to sobie trzymaniem się zasad, szanowaniem prowadzącego. Prawda jest taka, że jeśli nam na czymś zależy (np. na uzyskaniu odpowiedzi) to nie powinniśmy odpuszczać. Nie chodzi tutaj o łamanie zasad, ale o dążenie do osiągnięcia swoich celów, o podejmowanie próby. Przecież gdyby ta kobieta, po kolejnych dwóch pytaniach nie opuściła ręki, a Sandberg faktycznie nie odpowiedziałaby już na żadne kolejne pytanie, to nic strasznego by się nie stało. Musimy nauczyć się przekraczać granice, które nie pozwalają nam rozwinąć skrzydeł.

Na zakończenie chciałabym przytoczyć definicję feminizmu, z którą najbardziej się utożsamiam. Nie ma ona nic wspólnego z nienawiścią do mężczyzn, z samotnością czy dążeniem do maskulinizacji kobiet. Nie uważam, że kobiety i mężczyźni powinni zachowywać się tak samo, wyglądać tak samo. Ale uważam, że powinni mieć prawo do tego by o sobie decydować. Uważam, że płeć nie powinna determinować tego czy ktoś uznaje nas za bardziej lub mniej kompetentnych, sympatycznych czy godnych szacunku. Każdy człowiek sam pracuje na swoją reputację i nie powinna ona mieć nic wspólnego z płcią.

Femistka/Feminista – osoba, która wierzy i dąży do społecznej, politycznej i ekonomicznej równości płci.

W tym miejscu szczególnie polecam niesamowicie błyskotliwy i inspirujący wykład Chimamandy Ngozi Adichie podczas konferencji TED. Jej fragmenty w swoim klipie Flawless wykorzystała Beyonce;)

Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.gratisography.com/

Beyoncé królową pop. Czyli o tym jak się robi biznes

Obrazek

Beyoncé cały czas jest na topie. Odkąd rozpoczęła solową karierę, jej sława ani trochę nie blaknie. Nawet kiedy zrobiła sobie rok przerwy, nie miała najmniejszego problemu z powrotem na szczyt. Jest jedną z niewielu gwiazd, których pozycja jest na tyle mocna, że nawet jeśli zdecydowałaby się zacząć znów nagrywać dopiero po dwudziestu latach, to porwie za sobą tłumy. Ale to oczywiście tylko zwykłe dywagacje, bo nie dość że Beyoncé nigdzie się nie wybiera, to jeszcze nie zamierza spocząć na laurach.

To co zrobiła z pewnością przejdzie do historii muzyki i zapewni jej dożywotnie miejsce na podium. O czym mówię? Otóż nie dość, że zupełnie bez zapowiedzi wydała nowy album- co wbrew pozorom nie jest czymś naturalnym. Dzisiejsza maszyna marketingowa wymaga nieustannego nakręcania. Każdy singiel poprzedzany jest bardzo długą zapowiedzią, teaserami, wywiadami i okładkami w gazetach. Wystarczy spojrzeć na Lanę del Rey, która trzydziestominutowy klip (nota bene też dość nowatorski) zapowiadała dobrych kilka miesięcy – to jeszcze do każdego (sic!) z utworów nagrała teledysk. Jednego dnia na rynek weszło czternaście klipów. Świat oszalał.

Podobną akcję przypominam sobie tylko w wykonaniu Spice Girls, które jako pierwsze w historii muzyki, od razu wydały pełen album. Przedtem, artyści wydawali najpierw kilka singli i sprawdzali jaki będzie odzew publiczności. Ale wtedy gwiazdy pop musiały się jeszcze martwić o pieniądze… Od czasu Spice, jest to już zupełnie naturalna praktyka. Pierwszy singiel jest jednocześnie promocją całej płyty. Tymczasem Beyoncé poszła o milowy krok dalej. W filmiku promującym cała akcję mówi, że wiele osób pukało się w głowę słysząc o jej pomyśle. Niewątpliwie to wielkie ryzyko. Kiedy wszyscy już obejrzą wszystkie klipy, wybiorą swoje ulubione, które podbiją następnie listy przebojów będzie musiała bardzo szybko zabrać się za nowy materiał. Bo przecież fanów trzeba dopieszczać, dostarczać im stałego dopływu atrakcji i nowości. No tak, chyba że jest się Queen B i można po prostu robić to na co ma się ochotę i iść za głosem serca. A jej serce podpowiadało, żeby zwizualizować każdą z piosenek, ujawniając tym samym cały proces twórczy i koncepcję jaka stała za każdym z utworów. Beyoncé chce wyrażać siebie poprzez muzykę, chce nawiązywać silną więź z fanami i otwierać się przed światem. I ja to kupuję. To co zrobiła jest szczere, prawdziwe i daje niesamowitą radość każdemu z jej fanów, do których oczywiście się zaliczam.

Nie oznacza to oczywiście, że nie dostrzegam,iż był to jednocześnie niesłychanie sprytny zabieg. Może i nie było wielkiej kampanii promocyjnej. Może i wylała od razu kawę na ławę. Ale wystarczy spojrzeć co dzieje się teraz. Informacja o nowym albumie rozprzestrzeniła się z prędkością światła. Szansa na to, że któraś z piosenek trafi na szczyt listy przebojów jest znacznie większa. Co więcej, istnieje duże prawdopodobieństwo, że trafi do księgi rekordów Guinessa jako jedyna artystka, która w jednym notowaniu ma kilka swoich utworów – np dziesięć na pięćdziesiąt miejsc.

Nie ma wątpliwości, że za tym wynikającym z wewnętrznej potrzeby gestem kryje się ta wielka machina marketingowa, o której wspomniałam na początku. Takie czasy. Tajemnica sukcesu tkwi jednak w tym, aby wciąż umieć wybić się przed szereg. Aby nieustannie mieć pomysł na swój rozwój i udowadniać sobie i innym, że zawsze można osiągnąć więcej niż do tej pory.

Klipy są świetne. Wszystkie na wyjątkowo równym, wysokim poziomie. Niektóre totalnie w stylu Beyoncé, jak np. Jealous czy Heaven. Inne trochę bardziej oryginalne i drapieżne, jak np. Partition.  Wszystkie można obejrzeć tutaj: http://bit.ly/Jiv8Gz

Mówię o bieganiu

Gdyby mniej więcej rok temu, ktoś powiedział mi, że będę czerpać niewypowiedzianą radość z wysiłku fizycznego, to wyśmiałabym go w twarz i jeszcze obgadała za plecami.

Murakami

O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu. Haruki Murakami.

Tak, tak.

Ale to było dawno i moje życie, a właściwie ja tylko, uległam przemianie o sto osiemdziesiąt stopni. Dlaczego? Nie ma jednego powodu. Chyba byłoby to dziwne gdyby był. Raczej wiele zróżnicowanych czynników nałożyło się na siebie, a efekt ostateczny okazał się zaskakujący. Szczególnie dla mnie samej.

Pewnego dnia poczułam po prostu, że nie mogę dłużej wzbraniać się od sportu, bo przed trzydziestką nie będę w stanie nawet dobiec do autobusu.

Dygresja:

To akurat złe porównanie, bo jedną z moich naczelnych życiowych zasad jest: „nie biegam do autobusu!”. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że moim zdaniem bieg do autobusu jest dość specyficzny i wygląda bardzo niezgrabnie. A ja nie chcę wyglądać niezgrabnie… I za każdym razem kiedy siedząc w tramwaju widzę kogoś nadbiegającego to utwierdzam się w słuszności tej zasady.  Po drugie dlatego, że gdyby jednak nie udało mi się zdążyć czułabym ogromny (tak wiem, irracjonalny) wstyd. Tak sytuacja.

Zaczęłam więc zastanawiać się, co mogłabym robić. Odpadła siłownia, gdyż nie dość, ze jest droga to wydaje mi się szalenie nudna. Poza tym, pewnie nie umiałabym ogarnąć połowy sprzętów i musiałbym prosić osiłki o pomoc (tak wiem, dramatyzuję). Odpadły sporty zespołowe, bo chociaż mam predyspozycje do gry w koszykówkę lub siatkówkę ( dokładnie, jestem nieprzeciętnie wysoka) to jakoś zawsze brakowało mi tego zacięcia i gotowości do rzucenia się na piłką na kolana. Pomyślałam zatem o biegach. I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo to sport, który można uprawiać wszędzie i tanio – początek jedyna inwestycja to buty- gdyby nie fakt, że właśnie biegania w całej swojej szkolnej karierze nienawidziłam najbardziej. Przebiegnięcie 500metrów było dla mnie katorgą i nadludzkim wysiłkiem. Uważałam to za największą karę , zwykle oszukiwałam kiedy nauczycielka odwróciła wzrok, a po dobiegnięciu do mety dochodziłam do siebie przez kilka godzin. A tu proszę.

I teraz musi być trochę filozoficznie. Próbowałam inaczej, ale się nie da.

Poza bieganiem zaczęłam też ćwiczyć fitness (Zgadliście, Ewa Chodakowska to moja bogini, ale o tym kiedy indziej), dzięki któremu dowiedziałam się, że mięśnie naprawdę może być widać.  To biegowo- fitnessowe połączenie zapewnia mi  idealną równowagę, ponieważ o ile fitness służy głównie mojemu ciału, to bieganie jest dla duszy. Nie przesadzam. Biegam rano, latem nawet przed 7:00. Sama, bez muzyki. Sama wybieram trasę, sama reguluję tempo i rozmyślam. To naprawdę idealny czas na reset i powrót do równowagi, nabranie energii i świeżej perspektywy wobec wielu spraw. A ilość wyprodukowanych wtedy endorfin starcza mi zwykle do końca dnia.

Jedynym minusem tej zmiany jest to, że teraz ciężko mi zrozumieć „jak można nie biegać??” czym zapewne doprowadzam wszystkich niebiegających do szału, tak jak niektórzy kiedyś doprowadzali mnie. Ale teraz przynajmniej wiem, że mieli rację.

Outside your comfort zone

omg

Tak właśnie reaguję (a właściwie reagowałam, bo drugi sezon dobiegł końca i na następny trzeba poczekać rok!) na każdy kolejny odcinek  Girls w reżyserii Leny Dunham. Może niekoniecznie z takim wyrazem twarzy ale na pewno z okrzykiem. Wiele osób nazywa Girls Seksem w Wielkim Mieście dla dwudziestolatek. Ja sama też kiedyś użyłam takiego porównania, żeby w dwóch zdaniach przybliżyć komuś ideę serialu.Ale to naprawdę ogromne uproszczenie. Wprawdzie Seks… oglądałam tylko w pojedynczych odcinkach i nigdy specjalnie mnie nie wciągał, ale orientuję się mniej więcej kto jest kim i kto jest z kim.  W każdym razie, oba seriale opowiadają o życiu czterech przyjaciółek, z których każda jest na swój sposób skrzywiona, ale razem tworzą zupełnie dobrany team.  I oba, przynajmniej z definicji, bezpruderyjnie podchodzą do tematu seksu i seksualności kobiety. Dlaczego z definicji? Według mnie, Carrie i jej przyjaciółki mogłyby się od Dziewczyn wiele nauczyć. Nie mam tu oczywiście na myśli seksualnych sztuczek, ale podejście do tematu. Lena Dunham w zasadzie obnażyła wszystkie sztuczne i wydumane ochy i achy, jakimi rzucają jej starsze koleżanki.

Może się mylę, ale myślę że to pierwszy raz w historii serialu, kiedy rzeczywistość pokazywana jest tak naturalistycznie. A przy tym to żadne „dokumentalizowanie”. Wprawdzie Dunham twierdzi, że większość wydarzeń oparta jest o jej autobiografię, co teoretycznie redukuje problem fabuły, ale sklecenie tego w spójną, zabawną i jednocześnie poruszającą całość, wciąż wymaga niesamowitego talentu i kreatywności. Potrzeba naprawdę sporego wyczucia, dystansu  i inteligencji. Efekty jest piorunujący. Naprawdę, nie przesadzam. Wiadomo, że realia amerykańskie znacząco różnią się od polskich. Ale problemy chyba wszędzie są takie same. Nareszcie ktoś pokazał je realistycznie i prawdziwie, bez przesadnej egzaltacji, w jaką zwykle popadają młode, zakochane bohaterki. Bez upiększania,  przesadnego dramatyzowania i ucinania scen w tych momentach, które w realnym życiu są najbardziej krępujące. Hardkorowa dosłowność, z dużą dozą golizny, chorób i niezręczności. Mam szczerą nadzieję, że to dopiero początek takich produkcji.

Na pewno będę jeszcze o nich pisać. Lena Dunham jest jedną z najbardziej inspirujących osób jakie ‚znam’.